|
W weekendowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej ukazał się wywiad z liderem najbardziej znanego zespołu nurtu disco polo, Boys - Marcinem Millerem. Marcin z dziennikarzem gazety rozmawiał o renesansie muzyki disco polo, życiu prywatnym i jego działalności artystycznej.
Mimo, iż z wywiadu nie dowiemy się wielu nowych rzeczy, to mimo to powinien być obowiązkową lekturą, każdego fana zespołu Boys. Zapraszamy do zapoznania się z dalszą częścią artykułu...
Jeśli ktoś mi mówi, że po wysłuchaniu mojej piosenki jest mu lepiej, to czuję się artystą - mówi Marcin Miller z Ełku. - I mam gdzieś krytyków, którzy mówią, że moja muzyka to kaszana.
Widziałem twoje zdjęcie w jednym z pism. Ty z bukietem słoneczników. Ładne.
A daj spokój... Wyszedłem na nim jak zmęczony koń po westernie.
Chciałem cię spytać, czy mamy renesans muzyki disco-polo?
Powtarzam, że nie ma czegoś takiego jak renesans muzyki disco-polo. Człowiek, który jest obiektywny, nie siedzi w tym i nie śledzi na bieżąco tego zjawiska, może tak myśleć. Bo widział nas pod koniec lat 90. w Polsacie, słyszał nasze piosenki w radio. Potem to wszystko ucichło i można powiedzieć, że trochę przymarło. No i raptem bum! Odrodzenie. Chyba tak to można nazwać: renesans, choć wolę mówić, że jest to zainteresowanie wtórne. Nie tyle naszym zespołem, co gatunkiem. Bo zespół Boys bez tego zainteresowania przetrwał na rynku. Inne zespoły rozpadły się, ktoś wyjechał za granicę.
A może chodziło o to, że boom na disco-polo się kończy, to i kasa się kończy?
Może? Ja nie ukrywam tego, że żyję z grania, ale nie będę płakał, kiedy nie będę mógł tego robić. Jak wiesz, zespół Boys, nawet kiedy nie było koniunktury na disco-polo, koncertował. I nie narzekaliśmy.
Może dlatego, że macie w branży markę?
No, ale na nią też trzeba zapracować. To nie jest tak, że gdzieś wchodzę i mówię: "Jestem z Boys, bierzecie mnie". Przez lata musiałem na to zapracować. Może teraz odcinam od tego kupony, ale jestem szczęśliwy, że coś tam osiągnąłem razem z kolegami. Cieszę się, że nasze piosenki śpiewane są na weselach, że dobra impreza nie może się odbyć bez "Jesteś szalona", "Wolności". To jest bardzo miłe.
Tyle lat śpiewania. Nie jesteś zmęczony?
Jestem szczęśliwy, bo robię to, co lubię, a jeszcze przy tym dobrze na tym zarabiam. I nie jest ważne, czy to będzie sto, tysiąc, czy dziesięć tysięcy złotych. Każdy pieniądz szanuję. Jestem czasem zmęczony, na ogół latem, kiedy trzeba zagrać 20-30 koncertów miesięcznie i nie mam czasu się przebrać, wyspać. Czasem gramy trzy koncerty dziennie, potem na trzy-cztery godzinki do hotelu i znów jedziemy dalej. No i przyjeżdżasz do nowego miejsca i musisz "ha ha ha, hi hi hi". A ludzie od razu mówią "O, jaki ty jesteś zmęczony, zero uśmiechu na twarzy". A ty myślisz w głowie: "Jezus Maria!"
Robota jak w fabryce.
Może nie, ale musisz ją odwalić. Kiedy przychodzi pan Iks na plener, łąkę czy stadion, to nie chce oglądać zmanierowanego Marcina Millera, który jest zmęczony. Facet chce obejrzeć fajny koncert i tyle. Kiedyś ktoś powiedział, że artysta, człowiek popularny, to robot, który nie może chorować, nie może być smutny i powinien być uśmiechnięty. Zgadzam się z tym.
Jesteś artystą?
To ciężkie pytanie... Nigdy nie używałem tego słowa wobec siebie. Ale jak ludzie mi mówią, że moje utwory niosą szczęście albo słyszę historię, że ktoś przykuty do wózka czuje się lepiej po usłyszeniu naszych piosenek, to mógłbym pomyśleć o sobie "artysta". Jest taka chora dziewczyna, z którą spotykam się za każdym razem, kiedy jestem w Kołobrzegu. Dziesięć lat temu miała już umrzeć, a jednak żyje. Jest szczęśliwa, że Boys istnieją. Nawet rodzice tej dziewczyny mówią: "Marcin, ty jesteś w jej życiu na pierwszym miejscu."
Nie odpowiedziałeś. Jesteś artystą?
Czuję się nim! Napisz tekst prosty, głupi, ale chwytliwy. Myślisz, że to jest łatwe?
No nie jest.
Właśnie. Jeśli niosę ludziom szczęście nie trzepaniem dywanów, czy sprzątaniem, tylko tym, co tworzę, jestem artystą. Nawet, jak to będzie trywialny tekst nie do przyjęcia dla krytyka muzycznego, który powie: "Ale to kaszana". Jego zdanie mam gdzieś. Jeśli ktoś mi mówi, że moja piosenka jest piękna i cieszy się, że ją napisałem, to czuję się artystą.
Twoje teksty są szczere?
No, jest pewien schemat, bo nigdy nie ukrywałem, że jestem twórcą komercyjnym. Staram się pisać, żeby pogodzić jak najwięcej osób. Nie jestem undergroundem i nie gram w piwnicy dla stu osób, choć to jest też fajne... Jak się pójdzie i posłucha jazzu na żywo, a nie z płyty w samochodzie, to jest muzyka! Buty spadają. Wracając do komercji. Są dożynki i przychodzi babcia z wnuczkami, ojciec z dziećmi, mama z synami. Może przyjść lekarz, górnik, pan profesor i musisz dla nich wszystkich zagrać. Znaleźć sposób, żeby ich wszystkich zainteresować.
I nagle okazuje się, że wszyscy dobrze bawią się przy disco-polo...
...bo to muzyka, która nie sieje żadnej agresji, nie mówi o tym, że politycy nas oszukują.
Nie miałeś ambicji naprawiania świata przez muzykę?
Gdybyś tak się wgłębił w moją dyskografię, to znalazłbyś parę utworów, które mówią o moich przemyśleniach w życiu. Nie mogę na każdej płycie śpiewać "hop siup tralala, daj mi buzi, będzie fajnie". To byłoby nie do strawienia.
Jakiej muzyki słuchasz?
Wychowałem się na muzyce lat 80. i dla mnie się już czas zatrzymał. Nowe schematy muzyczne nie docierają do mnie, jestem niereformowalny, Muzyka lekka, łatwa i przyjemna niesie mi ukojenie. Mam na myśli teraźniejszy pop, wcześniej Duran Duran, Depeche Mode. Lubię George Michaela - ale za muzykę, nie preferencje seksualne. Słucham prostych rzeczy, a nie, tak jak mój syn, który lubi rzeczy ciężkie, zespoły typu Behemot, Vader. Jak on mi puszcza tę muzykę, proszę: "Synu, nie męcz mnie."
Jak twoi synowie reagują na muzykę, którą robisz?
Starszy stara się mi nie przeszkadzać i nie dogryzać, bo naprawdę słucha ciężkiej muzy, natomiast młodszy mówi "O, z tego wyszłaby fajna piosenka discopolowa i powinieneś ją tato zrobić". I czasem słucham jego rad.
Gdybym był muzykiem, zazdrościłbym wam tłumu fanek pod sceną.
Kiedyś nasza imprezę nagłaśniał akustyk, który na ogół nagłaśniał zespoły grające rocka. Sam słuchał takiej muzyki. No wiesz długie włosy, wysokie glany, skóra. Gość podchodzi do nas po koncercie i mówi: "Wiecie co? Jak ja wam zazdroszczę. My wyciągamy te swoje gitary, śmierdzące skóry i buty i gramy. I te nasze fanki tak samo śmierdzą jak my. A tu widzę laski wymalowane, uśmiechnięte, pachnące, aż chce się żyć". I to kwintesencja tego, czego mógłbyś nam zazdrościć.
|